Wpis (naprawdę) od czapy #3 – Drugi wystrzał Aurory
Tyle ostatnio mówi się o ACTA, że i ja poświęcę temu wpis, chociaż nie mam zamiaru nikogo przekonywać do swoich racji, gdyż w mojej głowie nie zagnieździły się wcale pomysły na rozsupłanie tego węzła gordyjskiego (zresztą, nawet jeśli – to kogo to będzie obchodzić?). Dwa artykuły na ten temat poruszyły jednak moje czułe struny. Pierwszy pochodzi z internetowego wydania międzynarodowego Spiegla, w którym historyk ekonomii na przykładzie XIX-wiecznych Niemiec dowodzi, iż brak praw autorskich przyczynił się do tamtejszego cudu gospodarczego. Tak się składa, iż zrobiłem skrót tego tekstu z myślą o Ryjoksiążce, toteż wrzucam go z myślą o tych, którzy nie mają zamiaru czytać całości.
“Skąd wziął się “naród poetów i myślicieli”, którego istnienie optymistycznie ogłosił Wolfgang Menzel? Höffner [historyk] jest przekonany, że ten entuzjazm to nie zasługa ślepego losu zsyłającego Niemcom Goethego czy Schillera, ale dostęp do ogromnej w jego czasach ilości książek. I podaje przykłady. Rynek wydawniczy był wówczas dziesięć razy większy w Niemczech niż w Anglii, w której przestrzeganie praw autorskich zaczęto egzekwować począwszy od 1710 roku. Na Wyspach ponadto czytanie było domeną ludzi zamożnych, co — uważa Höffner — spętało rozwój wiedzy.
Tymczasem udostępnienie książek szerokim masom dzięki tanim przedrukom położyło fundament pod Gründerzeit, okres, który zapoczątkował metamorfozę Niemiec ze stosunkowo zacofanego państwa rolniczego w mocarstwo mogące stawić czoło brytyjskiej potędze, wydając przy tym takich ludzi jak Alfred Krupp czy Werner von Siemens. Ale radosne, niczym nieskrępowane rozprzestrzenianie wiedzy nie mogło trwać wiecznie. Lata 40. XIX wieku wiązały się również z wejściem w życie prawa na wzór brytyjskiego regulującego te kwestie, choć ze względu na strukturę niemieckiej państwowości początkowo trudno było o jego realizację. Apetyt na książki wciąż był silny, jednak Höffner podaje znamienny przykład niezadowolenia. Heinrich Heine, poeta, dziennikarz, krytyk literacki, tak pisał do swojego wydawcy Juliusa Campe: “W związku z wysokimi cenami jakie ustaliliście, nie spodziewam się dodruku mojej książki w dającym się przewidzieć czasie. Musicie obniżyć cenę, drogi Campe, w przeciwnym wypadku będę się musiał zastanowić nad moją naiwnością w kwestii spraw materialnych”.
Po tej lekturze chcę objaśnić, iż nie jestem zwolennikiem zniesienia praw autorskich. Złożenie na ręce ludzi dzieł kultury — przeszłych i przyszłych — brzmi idealistycznie, romantycznie, fajnie, ale jawi się to tylko jako ideał, który nie będzie miał racji bytu. Taki kopernikański przewrót w tej dziedzinie miałby zresztą skutki odwrotne od zamierzonych (tak sądzę) – twórców prędzej by zniechęcił do działania. Potencjalny twórca bez nawet mglistej perspektywy zarobku, bez mecenatu, nie będzie tworzył sztuki, zostanie raczej przy swoich mało ambitnych, lecz dających jakiś zarobek współczesnych zajęciach: pisaniu artykułów do lokalnej gazety, parzeniu kawy, kserowaniu dokumentów, czy tonięciu w arkuszach kalkulacyjnych. Po głowie pałęta mi się też brzydka myśl, że poszkodowani posiadacze własności intelektualnych powinni mieć mimo wszystko możliwość dochodzenia swoich praw, choćby dlatego, że cholera mnie bierze, kiedy ktoś, kto za coś nie zapłacił, jakby tego było mało położył jeszcze na tym łapy przede mną.
Lecz tu z hukiem wbija się argument przedstawiony dziś na łamach Gazety Wyborczej, po którym ostatnie zdanie poprzedniego akapitu nie powinno się w ogóle pojawić. Autor stawia arcyciekawą tezę wedle której to internet, a w nim dostęp do dóbr kultury, sprawia, że chora konstrukcja obecnego rynku pracy jeszcze się nie zawaliła. Piractwo to lek uśmierzający egzystencjalne bóle, pisze. Finansiści i chciwi szefowie nie wiszą jeszcze na drzewach i latarniach, bo ich klienci/podwładni mogą sobie w zaciszu domowym obejrzeć kolejny odcinek ulubionego serialu lecząc skołatane nerwy. Nielegalnie, ale za darmo, i za w ten sposób zaoszczędzone pieniądze kupią coś naprawdę do życia niezbędnego. I jak moje sumienie może nie protestować? Też potrzebowałem takich środków przeciwbólowych nie raz. Gdybyśmy chcieli czytać, słuchać, oglądać i grać we wszystko co nas interesuje, to nieuchronnie żarlibyśmy trawę, ale bez takich rozrywek przecież też żyć się nie da (że niby jest telewizja? lol) – musielibyśmy brać szarość żywota z pocałowaniem w rękę. Samemu zdarzało mi się uczestniczyć w tym procederze i prawdą wyraźniejszą niż kiedykolwiek jest, że wszyscy dokładają swoją wartościową cegiełkę: zarówno ci co płacą, jak i ci co nie płacą. Ci ostatni przynajmniej dopóki, dopóty starają się postępować uczciwie, tzn. wspomagają ulubionych twórców, gdy już przekonają się do ich umiejętności.
Nie mam aspiracji do ponownego odkrywania Ameryki stąd kilka tych niezbyt odkrywczych zdań. I, jak raczyłem wspomnieć na samym wstępie, nie posiadam też gnozy pozwalającej mi widzieć to, czego nie widzą inni, i znaleźć wyjście z tej mocno pokręconej sytuacji. Wiem teraz tylko lepiej niż jeszcze jakiś czas temu, że ten sam wiatr co zwykle wieje silniej i — choć z coraz wyraźniejszymi ostatnio oporami — pcha nas w jakimś bardzo niepokojącym kierunku. Jeśli wprowadzenie ACTA w życie miałoby być niczym wystrzał Aurory (nie moje to porównanie swoją drogą) to może by tak na nie pozwolić? W końcu nikt — ani koncerny, ani politycy — do tego czasu nie podejmą refleksji nad swoim postępowaniem.


