Czekając na Godota

Model Games-as-a-Service (GaaS) wysysa życie z E3, stwierdził korespondent serwisu GamesIndustry.biz, który od piętnastu lat odwiedza Los Angeles i, jak przyznaje, nie widział wcześniej tak skromnych stoisk. I choć osobiście uważam, że ten rok był lepszy niż poprzedni (poprzedni był wg mnie jednym z najsłabszych), trudno się nie zgodzić, że coś jest nie tak.

Daje o sobie znać kilka czynników. Z jednej strony rozwój mediów społecznościowych sprawił, że developerzy i wydawcy mogą dotrzeć do fanów i zainteresowanych bezpośrednio, bez konieczności angażowania najróżniejszych pośredników i wystawiania się na drogich imprezach. Z drugiej postępująca entropia zachodniego game devu – klepania tych samych pomysłów, pokazów robionych na jedno kopyto (tyle że z roku na rok ładniej) i wymyślania coraz to bardziej eksploatujących modeli biznesowych. W trakcie E3 odwiedzałem i obserwowałem różne popularne miejsca traktujące o branży i często widziałem, że nawet sfery normikowo-niedzielne miały problem z wykrzesaniem z siebie entuzjazmu.

Niewątpliwie marazm ten jest częściowo spowodowany majaczącą już na horyzoncie nową generacją konsol (zapowiedzi Microsoftu i Bethesdy), do której nadejścia trzeba się przygotowywać, ale podziwiam optymizm tych wszystkich, którzy sądzą, że nowe sprzęty uzdrowią sytuację. Raczej przeciwnie – część dzisiaj występujących objawów choroby da o sobie znać z jeszcze większą mocą, tak jak bieżąca generacja stworzyła warunki dla rozwoju nowych patologii, a uratował ją niespodziewany powrót gier ze średnim budżetem, którym epitafia napisano kilka ładnych lat temu (przyznam się bez bicia, że byłem jedną z takich osób).

I to jest może jakaś podstawa do optymizmu – że znów zdarzy się coś pozytywnego i niespodziewanego.

I.

Na pytanie, kto wygrał tegoroczne E3, mógłbym odpowiedzieć: a kto daje o to choćby jednego latającego faka? Zabawa ta odbywa się każdego roku, choć jej sens jest coraz mniejszy. Raz – z powodu malejącego znaczenia E3. Dwa – ponieważ ludzie, którzy biorą w niej udział, są często nazbyt wsobni, by móc w miarę obiektywnie ocenić całokształt, dlatego np. (przynajmniej na polskim podwórku) nigdy nie wygrywa i nie wygra Nintendo.

Mówi się, że w tym roku wygrał Microsoft. Jeśli brać pod uwagę program konferencji, jej tempo, nagromadzenie zapowiedzi, można się z tym zgodzić. Konkurencja nawet się szczególnie nie starała. Sony ma taką przewagę, że nie musi wiele robić, dlatego skoncentrowało się na przydługich pokazach znanych już dobrze gier. Minimalizm i tumiwisizm Nintendo był posunięty jeszcze dalej – był to po prostu trwający ponad dwadzieścia minut pokaz nowego Smasha, który dla niepoznaki poprzedzono kilkoma zapowiedziami gier mających ukazać się przed końcem roku fiskalnego.

Właśnie Nintendo dobitnie pokazało, jak pozbawione sensu są coroczne wybory zwycięzcy E3. W zeszłym roku miało miejsce przecież coś podobnego, co nie przeszkodziło przecież Switchowi wykręcić historycznych wyników sprzedażowych w kilku miejscach na świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. W tym trudno jeszcze mówić, czy ta strategia przyniesie korzyści/nie zaszkodzi, ale np. w sondzie przeprowadzonej na GameFAQs, w której wzięło udział kilkanaście tysięcy osób, Nintendo zajęło pierwsze miejsce, nieznacznie wyprzedzając Sony i pozostawiając Microsoft na trzecim miejscu. Nie jest to oczywiście miarodajne i reprezentatywne, ale czy np. polski Twitter lub Fejs jest bardziej reprezentatywny? Albo ResetEra?

Szczerze? Trudno się dziwić tym wynikom. Microsoft mógł mieć dobrze przygotowaną konferencję, ale wątpliwości gromadzących się wokół marki Xbox nie rozwiewa. Część wzbudzających ekscytację zapowiedzi to gry, które trafią też na inne platformy, więcej, będą to lepsze wersje (chyba że macie Xbox One X, ale pewnie nie macie), część to gry indie, które odpalą laptopy z Biedronki kupione podczas wypadu po bułki, a część to okręty flagowe Zielonych — Halo, Gears of War, Forza — serie, które mogą liczyć na dobre wyniki, ale które sprawiają też wrażenie, jakby stopniowo schodziło z nich powietrze. Innymi słowy, nic nowego pod słońcem.

Przyznaniem się do kapitulacji i nieudolnego zarządzania na przestrzeni ostatnich lat była zresztą informacja o kupnie czterech czy pięciu nowych studiów developerskich, m.in. Ninja Theory i Playground Games. Oto Microsoft, wielomiliardowa korporacja potężniejsza od niejednego państwa, nie potrafi przez lata zbudować nowych atrakcyjnych marek i zorganizować zespołów, które potrafiłyby wykrzesać z siebie choć trochę kreatywności.

Powyżej zamieszczam ranking najczęściej dyskutowanych gier opublikowany przez Crimson Hexagon, platformę zajmującą się monitorowaniem i analizowaniem nastrojów konsumenckich. Mam co do niego pewne wątpliwości (gdzie The Last of Us 2, które powinno być w czołówce?), ale jako takie rozeznanie o trendach powinien dawać.

II.

Kwestia najważniejsza – gry. Co mnie najbardziej zainteresowało? Na wstępie zaznaczę, że tych tytułów było więcej niż wymieniłem poniżej, ale nie będę wspominał o każdym z osobna.

Trzeba to przyznać: Capcom jest na fali. Rok temu o tej samej porze moglibyśmy żartować z nieporadności tej firmy, że nadal hamuje ją jakiś dziwny kryzys tożsamości i skupia się na wypluwaniu remasterów, ale Resident Evil 7 był zwiastunem pozytywnych zmian. Potem zaczęło iść z górki. Następny w kolejce był Monster Hunter: World, który stał się najlepiej sprzedającą grą w historii Capcomu i otrzymywał świetne oceny, z szafy wyszedł zapomniany Mega Man (i wygląda dobrze), a wraz z nim zapowiedziany spory czas temu remake Resident Evil 2 i będący tajemnicą poliszynela Devil May Cry 5.

Przez zwiastun Devil May Cry 5 w zeszłą niedzielę o mało zresztą nie zszedłem. Pierwsze odczucia: tyle lat czekania na godnego następcę, a to, co pokazano, wyglądało jak szpetny bękart niesławnego reboota, który — jak się okazało — nie jest traktowany poważnie nawet przez capcomowskich game designerów (którzy, to do wiadomość fanów DmC, ratowali ich ulubioną grę na ostatnich etapach produkcji). Ale minęło trochę czasu, przespałem się ze swoimi myślami, obejrzałem nowe fragmenty rozgrywki z wywiadu z Hideakim Itsuno, poczytałem wypowiedzi twórców i doszedłem do wniosku, że będzie dobrze, a estetykę przeżyję, bo to tylko powierzchowność, wprawdzie nieznośna, ale nie najważniejsza.

W wypowiedziach dotyczących tej gry uderza mnie najbardziej niezwykła pewność siebie developerów, o którą bardzo trudno w przypadku skromnych (czasami aż do przesady) Japończyków. W którymś z japońskich magazynów pojawił się nawet wywiad, w którym twórcy deklarują, że chcą stworzyć najlepszą grę akcji epoki Heisei, co de facto oznaczać musi też najlepszą grę akcji w historii (a przypomnijmy jeszcze, że “gra akcji” to w tamtejszej nomenklaturze pojęcie o wiele szersze niż na Zachodzie). Tak więc Capcom licytuje wysoko, a ja łykam to wszystko jak młody pelikan.

Ujawnieniu Resident Evil 2 nie towarzyszyły mi już tak silne emocje. Zobaczyłem po prostu grę, która może okazać się godnym spadkobiercą legendy (zachowano nawet abstrakcyjne oldskulowe zagadki!), i tyle wystarczy.

Tak że jeśli bawić się w szukanie jakiegoś zwycięzcy E3 2018, to jest nim Capcom, który wraca do formy z czasów PS2, a my możemy powoli zapominać o smucie, do której doprowadził Inafune.

Wygląda jak Bloodborne czy inne Dark Souls, ale Sekiro to mimo wszystko coś innego. DNA serii Souls widać tu jak na dłoni, choć pewne akcenty zostały rozłożone inaczej. Przede wszystkim jedną z ważniejszych zmian jest wyrugowanie elementów RPG, co niektórzy przyjęli ze smutkiem. W rzeczywistości jednak krok ten jest w stanie pozytywnie odbić się na balansie rozgrywki, który może być, jak to się mówiło na forum PSX Extreme, sztywniutki. I powiedzmy sobie szczerze – niemożebnie irytująca jest ta współczesna moda wciskania elementów RPG wszędzie, nawet do gatunków, do których niespecjalnie one pasują, więc decyzję From wstępnie popieram (choć logo Activision straszy).

Sekiro nie jest reskinem Dark Souls także z innych powodów. Główny bohater dysponuje różnymi gadżetami ninja (część można używać jako broni), które przydadzą się nie tylko do walki, ale i eksploracji, a także będzie np. potrafił podsłuchiwać nieprzyjaciół, by wyciągać w ten sposób użyteczne informacje. Przypomina się Tenchu i słusznie, bo według słów Miyazakiego pierwotnie jego zespół chciał stworzyć właśnie nową część tej serii.

I jeszcze a propos Miyazakiego. Na E3 2018 niespodziewanie zapowiedziano też jeszcze jedną jego grę – Déraciné. Udostępnione informacje przywodzą trochę na myśl Rule of Rose, a przynajmniej ja mam takie proste skojarzenia (sam Miyazaki powołuje się na mangi dla dziewczyn, których jest fanem od lat, więc nie będą to zbyt ciężkie klimaty). Jest tylko jeden szkopuł – Déraciné powstaje z myślą o VR. Dobrze więc, że From eksperymentuje z czymś zupełnie nowym, ale potencjalne grono odbiorców w tym przypadku będzie raczej (bardzo) wąskie.

Nowy zwiastun Death Stranding przyniósł w końcu to, na co czekało wielu – gameplay. Na nowym zwiastunie obserwujemy głównego bohatera, Sama, któremu wizerunku użyczył Norman Reedus, przemierzającego samotnie a to księżycowe krajobrazy, a to ruiny miast, wspinającego się na wysokie góry, usiłującego sforsować wartką rzekę i unikać zagrożenia w postaci niewidzialnych stworów.

Nie użyję słów „surrealistyczny” czy „intrygujący”, równie częstych jak reakcje w stylu „wow, jakie dziwne XD”, bo mam ich trochę dość (zwłaszcza tych drugich). Mnie po prostu podoba się ten melancholijny nastrój, w który wprawia deszcz (w uniwersum gry stanowiący śmiertelne zagrożenie, lecz mniejsza o to) i muzyka Silent Poets, oraz sam oryginalny koncept pozwalający nam wejść w buty kuriera czasów postapokaliptycznych. I mam tylko obawy, czy nie wyjdzie z tego symulator chodzenia, ale póki co zakładam, że Sony i Kojima chcą starannie dawkować informacje i te najfajniejsze rzeczy odkładają na później.

Plus jeszcze za Leę Seydoux.

Zapowiedź Babylon’s Fall, nowej gry Platinum Games (ile oni robią tych gier?), bardziej mnie kręci z powodu tego, czym się może okazać, a nie z powodu tego, co pokazano, bo pokazano niewiele. Optymistyczny scenariusz zakłada więc, że za setting i narrację odpowiadać będą ludzie od FFXIV (Naoki Yoshida mówił w przeszłości, że chciałby stworzyć grę dark fantasy, a rysunek ze strony jego zespołu zapowiadający prace nad nowym projektem jest wg mnie podobny do jednej ze scen zwiastuna BF), zaś PG dostarczy widowiskowy system walki. Gorszy, że będzie to coś w stylu Let It Die (model F2P, mikropłatności), co zakładam z powodu tej olbrzymiej wieży, na którą wdrapanie się będzie zapewne naszym głównym celem. Cztery widoczne na obrazku postacie sugerują też obecność multiplayera, ale to wróżenie z fusów.

Daemon x Machina to jedna z pozytywnych niespodzianek tegorocznego E3. Za grę odpowiada nowe studio Marvelous, zwane First Studio, a konkretnie ludzie od serii Armored Core, którą From (jak na razie) olało. Jakby się zastanowić, to sporo czasu minęło od ostatniej porządnej gry z mechami, bo remasterów Zone of the Enders nie liczę. Sądząc po opublikowanych materiałach i informacjach, DxM ma na pewno szansę stać się czymś takim, pytanie tylko, czy wydawca zapewni sensowny budżet.

Jeden komentarz na temat “Czekając na Godota”

  1. Nie jestem pewien ale ostatnie targi E3, które prezentowały coś nowego połączonego ze starym to były targi E3 z 2010r. Ludzie narzekają na to co nowe, które może być inne. Z kolei narzekają również na to co stare i klepane do uśmiercenia marki (vide: Prince of Persia).

    Osobiście sam mam mieszane uczucia co do wielu rzeczy. Bardzo dziwi mnie szybki przeskok z gatunku na gatunek.
    Jak tylko jeden developer trafi na rzekomą żyłę złota, wtedy pozostali próbują wykreować coś w jak najszybszym czasie aby też uczknąć trochę z tego tortu. Tylko pytanie po co?

    Przez gry jako usługę wracamy do epoki kamienia łupanego. Fizyka w najnowszych grach to śmiech na sali. Animacje w takim PUBG czy Fortnite można było stworzyć za czasów PS2. Samo Rockstar mające tak świetny engine od fizyki w postaci Euphorii w największym stopniu wykorzystał go w GTA IV (ale żeby tak było to gra musi być stworzona w okół tego silnika a nie na odwrót).

    Tak jak Enki sam wspominasz, targi E3 mają coraz mniejsze znaczenie. Co z tego, że obecnie gracze mogą tam wejść bez przepustki dziennikarskiej jak same konferencje są grubymi nićmi szyte. Obecnie chyba najgorszy trend to płacenie ludziom za sztuczny wiwat i poklask wszystkiego co dany wydawca ogłosi. Pokazuje to jak bardzo sami wydawcy boją się wtopy (coś co było nie raz częścią konferencji, buczenie, śmiech z wpadki) teraz wszystko jest kontrolowane, wszystko musi być połączone za pomocą dziesiątek kont i tego aby w grę XYZ grało się kilka tysiecy godzin aby tylko nie odsprzedać swojej kopii gry.

    Moim zdaniem gry obronią się same, jeżeli są dobre (vide: The Evil Within 2, Wolf II, Prey). Bethesda ma u mnie szacunek za to, że nie bała się postawić na gry single player z ciekawą historią, dopracowanym gameplayem i bez multiplayera – zwłaszcza z trybem hordy lub battle royale.

    Osobiście jedynie w dzisiejszych czasach stawiam na powrót do przeszłości. Po necie nie gram, staram się posiadać jak najmniej kont gdziekolwiek się da, bo coraz bardziej pędzimy do tego, że za niedługo w ogóle nie oderwiemy wzroku od ekranów (The Walking Dead nabiera tutaj nowego znaczenia). Szczerze może się to wydać niedorzeczne ale chciałbym lekkiej stagnacji rynkowej i zamknięcia paru największych firm (albo ich przeskoku do innej branży).
    Może gdyby nastał jakiś krach growy to game dev wróciłby do normalności. Tak obecnie dla mnie współczesne 95% wydawanych gier jest mdłe, bez polotu a bardzo chciałbym powrotu wielu podstawowych gatunków (shooter to shooter bez miliona drzewek rozowju, przygodówka to przygodówka a nie pseudo RPG i symulator randkowy, RPG to nie gra akcji a wyścigi to nie gra fabularna połączona z social media).

    I co najważniejsze chciałbym aby nie było tylu (nie) przypadkowych wycieków przed wszystkimi targami. Chciałbym zobaczyć i poczuć chociaż raz tą niepohamowaną radość z samych targów lub gier. Tak niestety wszystko obecnie jest przewidywalne, musi posiadać otwarty świat, drzewko rozwoju, punkty doświadczenia, wielowątkową historię, możliwość stworzenia własnego spedalonego awatara (i bez funkcji photo mode nie podchodź). Może kiedyś się doczekam, tymczasem ciesze się z ogrywania Hollow Knighta bo to jedna z niewielu dobrych Metroidvanii ostatnich lat (która nie patrzy na to co robi konkurencja i daje czysty fun z samego grania)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s